Domaganie się od polityków zaprzestania używania „języka nienawiści” lub „zakończenia wojny polsko-polskiej” jest czymś tak idiotycznym, że aż szczerze mi żal tych, którzy rzucają takie hasła (oczywiście tych naiwnych, bo i cyników wśród nich nie brakuje). Polityka – którą Max Weber definiował jako - dążenie do udziału we władzy lub do wywierania wpływu na podział władzy, czy to między państwami, czy też w obrębie państwa, między grupami ludzi, jakie to państwo tworzą - nie jest, i nigdy nie była, kulturalną wymianą zdań, a jej współczesna odmiana coraz bardziej przypomina wojnę. Jeśli istnieje jakaś słowna broń, której można skutecznie użyć wobec przeciwnika – pomówienie, znieważenie, groźba - zostanie ona użyta.
 

 Jest to zresztą powód dla którego zawsze uśmiecham się, gdy Jarosław Kaczyński mówi o jakichś „porażających faktach” nieznanych opinii publicznej. Gdyby takie fakty istniały, a on by o nich wiedział, to i my byśmy się dowiedzieli. Swoją drogą, kto wie, może przeświadczenie o ukrytej gdzieś w szafie Prezesa, „medialnej wunderwaffe”, jest czymś co najsilniej spaja PiS i jego elektorat. Problem w tych, że owych „porażających” dokumentów, faktów, dowodów i Bóg wie czego jeszcze było już dziesiątki, a żaden z nich nie był na tyle porażający, żeby przeważyć szalę zwycięstwa na stronę Prawa i Sprawiedliwości, co dowodzi tylko tego, że albo porażające dowody nie były takie porażające, albo nie były w stanie porazić naszego społeczeństwa, co w sumie na jedno wychodzi.
 

Słowo „porażający” jest zresztą jednym ze słów-kluczy, które wciąż przewijają się w naszej polityce. Jestem pełen szczerego podziwu dla tego, jak szybko nasi politycy zrozumieli wagę takich semantycznych kluczy, wytrychów i łomów, pomagających dotrzeć do polskich serc; a innymi słowy – dostosowali się do swoich wyborców.
 

My Polacy, jak wiadomo (i o czym świadczą nasze polityczne wybory w ostatnich 20 latach), jesteśmy w swej masie narodem dość głupim. W ostatnich badaniach poziomu czytelnictwa okazało się, że tylko 38% z nas przeczytało w tym roku książkę, a 70% nie sięgnęło nawet po gazetę. Jednocześnie, co szczególnie istotne, wykazano że 8/10 Polaków ma kłopot ze zrozumieniem najprostszego komunikatu i informacji (stąd nie dziwi popularność telewizyjnych komentarzy w TVN24 czy TVP Info).
 

Chcąc dotrzeć do tak skonstruowanego wyborcy, trzeba posługiwać się prostymi hasłami, najlepiej zapadającymi w pamięci. Obie strony nie przebierają tu w środkach, ale PO wraz z „przyjaciółmi z TVN” i Gazety Wyborczej, ma większy zakres możliwości dotarcia do Polaka, toteż funkcjonujące w przestrzeni hasła: „PiS to zagrożenie dla demokracji”, „Kaczyński to kłamca” czy „PiS to sekta” są lepiej rozpowszechnione niż analogiczne: „PO to aferzyści”, „Tusk to złodziej”. Interesującym przykładem jest też samorządowe hasło Platformy – „Z dala od polityki”, o wiele lepsze od PiSowskiego – „Prawo i Sprawiedliwość” (ale się ktoś wysilił, ręce opadają…). Jak Polacy postrzegają politykę? Jak syf, brud, bagno. Wmówienie im, że wybory samorządowe to coś apolitycznego, to doskonały sposób na wygranie wyborów, którym zresztą Platforma posługuje się od wielu lat.
 

Tego nowego, hasłowego stylu myślenia bardzo brakuje PiSowi. Przez jakiś czas potrafili nawiązać walkę, ale wymyślenie czegoś nośnego wyraźnie jest poza ich zasięgiem. Strzałem w dziesiątkę nie było hasło –„Polska jest najważniejsza”, a to towarzyszące kampanii samorządowej nie jest nawet warte skomentowania. Kiedyś sprawdziło się granie na poczuciu bezpieczeństwa, np. obietnica walki z korupcją i przestępczością, dziś zniknęło to z pola zainteresowaniu PiSu i pozostał tylko Smoleńsk. Czemu? To już całkiem inna historia, ale na pewno nie jest to droga, która może zaprowadzić PiS do władzy.

 

Fawkes